• Banner z kadrem z filmu animowanego "Komorne" na podstawie wiersza Themersona. W kadrze struś czytający gazetę.

Maciej Woźniak

On i ten drugi z Płocka, czyli nadwiślański rezonans Themersona

1. [o wyspaniu się na wyspie]

Cenię to sobie bardzo, ze przypadł mi w udziale zaszczyt wygłoszenia kolejnego dorocznego wykładu w cyklu dedykowanym Stefanowi Themersonowi. Mam też nadzieję, że zgodzą się Państwo ze mną, iż on, który nie troszczył się nadmiernie o wyższy komfort życia, ani też nie dbał o karierę artystyczną, w lekceważeniu mając święte słowo „sukces”, uznałby za bliskie sobie i to, że sobie tu z niego nieco podkpiwam, i dwie tezy, które zamierzam poddać Państwu pod rozwagę.

Pierwsza utrzymuje, że środki, po jakie sięgał Themerson – jako pisarz, rysownik, filmowiec czy myśliciel – ba, że same jego pomysły, intuicje, zamierzenia, artystyczne, ale też po prostu ludzkie, reakcje na to, co się wokół działo, w sztuce i na świecie – że to wszystko okazuje się ważniejsze niż cele, jakie osiągnął. Mówiąc najprościej: że to, jak sobie Themerson swoje życie i sztukę ścielił, jest ważniejsze niż to, jak się w nich wyspał.

Bo Themerson dziś – trzydzieści pięć lat po śmierci – wydaje się coraz lepiej wyspany. Jego noty w encyklopediach są coraz dłuższe, a noty wystawiane mu przez sędziów od klasyki XX wieku – coraz wyższe. Liczba książkowych wydań, teatralnych premier, artystycznych nawiązań, ba, edycji płockiego festiwalu – znamionują artystę wyspanego naprawdę porządnie. Ale czy Wyspa Themersona – a zważywszy na to, z kim sobie Stefan życie i sztukę ścielił: Wyspa Themersonów – to może być wyspa wyspanych?

No i druga teza, że – wbrew temu, co się nieraz na ten temat twierdzi– dzieło Themersona (czyli zgodnie z tezą pierwszą: raczej to, jak tworzył, niż to, co stworzył, raczej to, jak myślał, niż to, co ostatecznie wymyślił) nie buja w obłokach awangardowości, nie gramoli się na półkę sztuki wysokiej, nie pragnie ambicjuszowsko nadążać za wiodącymi trendami, nie zamierza zaspokajać kompleksiarzy z prowincjonalnej Polski albo Płocka – a wręcz przeciwnie: chce zejść w głąb oceanu nieba, stopą sięgnąć dna.

Mówiąc najprościej – i znowu nawiązując do słynnego wykładu Stefana wygłoszonego w Leyden – dzieło Themersona jest biologiczne, ma korzenie w życiu, jest zaś wymierzone przeciw agresji kultury. Przeciw kulturowej agresji wysokofunkcjonującej, zorganizowanej w religie czy systemy ekonomiczne, oraz przeciw naszej kulturowej agresji powszedniej, tej z gombrowiczowskiego międzyludzkiego kościoła (raz w formie panoptykonu Benthama i Faucaulta, innym razem synoptykonu Baumana) obecnie rosnącego w siłę na przykład pod postacią mediów społecznościowych.

Sugerując korzenie – ale i konsekwencje! – dzieła w życiu, mam na myśli zarówno życie Stefana – londyńczyka z Płocka, życie podobnych mu artystów (o jednym z nich trochę opowiem za chwilę, ponieważ szczególne to podobieństwo), jak również życie odbiorców jego twórczości. Nasze życie, proszę Państwa.

2. [niedorostek, wyrzutek, kpiarz]

Jest u Themersona wiele zdań elektryzujących, gromowładnych, jest wiele obrazów o napędzie nuklearnym. Fraza o byciu czasownikiem (co za jednym zamachem odprzedmiotowuje i odpodmiotowuje). Fraza o wyższości dobrych manier (nad rozmaitymi, nieco przereklamowanymi, sprawami). Fraza o niepozornej rzeczy, bez której nic nie jest nigdy prawdziwe (wystarczy podnieść kąciki ust). Albo weźmy sceny i postacie: ktoś targa grube walizy pełne wycia wilków, ktoś jest kardynałem o nazwisku kojarzącym się z Polską i z polucją, ktoś się porywa na antropologiczno-filozoficzny referat, nie bacząc na to, że jest termitem. Mnie najbardziej elektryzuje zdanie z ostatniego listu do Kazimierza Askanasa: „Nie zrobiła się ze mnie żadna ‘wielka osobistość’. Wciąż jestem tym samym małym chłopcem ze starego Płocka.”

Mogłoby to zakrawać na kokieterię, fałszywą skromność, sposób odreagowania braku sukcesu mierzonego pieniędzmi czy sławą – gdyby nie szereg wypowiedzi Themersona poprzedzających to wyznanie. W wywiadzie dla „Przekroju” z 1959 r. mówił:

„Właściwie jestem wiecznym debiutantem. Przed wojna debiutowałem w poezji, w filmie, w Paryżu ogłosiłem tomik wierszy po francusku. W Anglii znowu zacząłem pisać po angielsku… (…) Może dlatego, że czuję się ciągle debiutantem, łatwiej mi się dogadać z ludźmi młodego pokolenia niż z moimi rówieśnikami.”

W eseju Nim ukaże się książka z pisma „Współczesność” z 1965 r. wyznawał:

„Zrobiłem w życiu sześć czy siedem filmów, ale nie jestem ani reżyserem, ani operatorem. Wydałem w życiu jakieś dwadzieścia książek dla dzieci, ale nie jestem prawdziwym, dorosłym autorem książek dla dzieci. Pisałem o sztuce, ale nie jestem historykiem sztuki. Skomponowałem operę, ale nie jestem muzykiem. Napisałem szereg powieści, ale powieści te niezupełnie normalne i nie wiem, czy jestem powieściopisarzem” 

W kolejnej dekadzie, w wywiadzie dla „France-Culture” z 1978 r. odsłaniał swoją „chłopackość” z innej jeszcze strony:

„Mój umysł nie pracuje w jakiś określony sposób. Okazuje się, że nie potrafię rozwinąć myśli czy refleksji w par excellance szkolarskim traktacie. (…) Podobnie nie umiem rozwinąć narracji bez – jakże to powiedzieć – bez morału. (…) To pewnie dlatego profesjonalni filozofowie mi nie ufają. <<Skoro ma pan coś ważnego do powiedzenia, to czemu przedstawia to pan w taki dziwny sposób>> – pytają czasami, sądząc, że z nich kpię. Co nie jest zresztą nieprawdą. Z drugiej strony, pewnie dlatego, profesjonalni literaci, mandaryni establishmentu, nie zaliczają mnie do swojego świata.”

Wreszcie w 1981 r., w rozmowie opublikowanej w „Nowych książkach” Themerson wyjął ostatni gwóźdź z tej trumny – trumny samego siebie jako ewentualnego Nobliwego Klasyka. Indagowany o poważne wątki w twórczości (autorytety, szczególne miejsce poezji, kwestie psychologiczne) na pytania odpowiadał przewrotnie, celowo obniżając ton, spuszczając nadmiar powietrza. Najpierw chwalił „ ignorancję” za pomocą wierszyka stylizowanego na dziecięcą rymowankę (chyba wszyscy go znamy: „I’m too-oo religious / If you see what I mean / To believe in anything / If you see what I mean” i tak dalej), potem wyzywająco zaprzeczał, jakoby Generał Piesc podejmował temat polskiej emigracji i równie kpiarsko zapewniał, że Tom Harris to jedynie powieść „o klasowej strukturze społeczeństwa angielskiego”.

W końcu prowadzącemu wywiad opadają ręce i wzdycha: „Dla czytelników podchodzących z mikroskopem do pańskiej prozy te proste formuły muszą stać się zaskoczeniem. Więc prośba o jeszcze jedną – na swój temat.” Na co Themerson wyznaje rozbrajająco: „Nie potrafię nic o sobie powiedzieć, jestem jeszcze za młody, żeby wybierać karierę”.

A zatem – ani filozof, ani literat pełną dorosłą gębą, ani poważny artysta, ani nawet dojrzały intelektualista. Zresztą, nie trzeba było czekać aż do lat 80. i wyznań sędziwego autora, wystarczyło śledzić rozliczne literackie alter-ega Themersona pojawiające się na przestrzeni całej jego twórczości. Kim bowiem, jeśli nie Stefanem we własnej, dość niedbale ukrytej, osobie jest Pędrek Wyrzutek? Wyznający komuś dużo, dużo poważniejszemu i precyzyjniej określonemu, iż:

„ludzie, ilekroć ich spotykam na drodze, zawsze myślą, że we mnie jest coś psiego; psy myślą, że jest we mnie coś człowieczego; ryby piły myślą, że we mnie jest coś słowiczego; a koty myślą, że we mnie jest coś z ryby, i pewien kot rzucił się na mnie niedawno i chciał mnie zjeść, i muszę przyznać, że mam tego dosyć i chciałbym wiedzieć, co ja jestem, Panie Profesorze”.

3. [para młodych wariatów]

Pół biedy Pędrek Wyrzutek, przecież kiedy spojrzymy baczniej, równie oczywisty wydaje się rodowód bohatera wiersza O stole, który uciekł do lasu. Jeżeli potraktujemy człowieka – nie tylko fachowo uzbrojonego pisarza, ale także zwykłego cywilnego użytkownika mowy – jako rodzaj nie całkiem świadomego przekaźnika dla przekazu, którym jest język (co będzie zgodne tyleż z przemyśleniami Themersona, co jego rówieśnika z Kanady – Marshalla McLuhana), wtedy pierwsza zwrotka utworu – gdzie dodatkowo pojawia się motyw obniżenia pułapu, zejścia na piętra niższe, bliższe dnu nieba – zyskuje dodatkowe znaczenia. Posłuchajmy:

Pewnego razu stół,
na którym piszę wiersze,
dwie pary butów wzuł
i pobiegł sobie w dół
z piątego piętra na pierwsze.
Ale jeszcze ciekawiej robi się w drugiej zwrotce, gdzie alter-ego pisarza w postaci stołu ukazuje swoje podwójne oblicze:
To były moje buty
i mojej żony, Franciszki;
miesiąc nazywał się luty,
a luty jest zimny i śliski.

Dobrali się bowiem małżonkowie Themersonowie jak w korcu maku także pod tym względem. Czym Stefan podbił serce Franciszki? Ano – swoim niedowarzeniem, niedookreśleniem, młodzieńczym narwaniem.

„Ach, złotko, był taki nieśmiały. I strasznie mi zaimponował. Nie mógł zdecydować, czy ma zostać fizykiem, czy architektem. Więc robił dwa fakultety. Czytał mi swoje wiersze. I miał, zupełnie jak ja, fioła na punkcie kina”.

Znamy dobrze jej kreskę, poetykę jej rysunków – nawiązujących przez formę dziecięcych bazgrołów do bosko twórczego i awangardowego bałaganiarstwa dzieci (tu ukłon dla Kurta Schwittersa) oraz do przenikliwych – dziś rzeklibyśmy „lacanowskich” – analiz, jakie dorosłej psychice robi malarstwo Paula Klee. Czy to zresztą dziwne w przypadku dziewczynki, która – ponoć – umiała rysować zanim nauczyła się chodzić?

Kiedy film Themersonów Europa, chyba najpełniej wyrażający ich podejście do kina, został kompletnie zjechany w poważnym przedwojennym czasopiśmie „Rzeczpospolita”, użyto w miażdżącej recenzji określenia „światopogląd młodego wariata” – Franciszka była tym epitetem zachwycona.

To także nie może nas dziwić, w końcu była ukochaną, ale artystycznie jakże wyrodną córką Jacoba Weinslesa – autora ogromniastych płócien w duchu szkoły monachijskiej (narodowe motywy i pejzaże, romantyczne tradycje i nastroje) w pakiecie z religijnymi motywami żydowskimi.

Lecz poza tym artystycznym narwaństwem i gombrowiczowską „łydką łydką” było między Franciszką i Stefanem coś jeszcze. Coś ważnego dla dalszej części tych rozważań. Otóż wspomniany przed chwilą Jacob Weinles opowiadał, że kiedy pierwszy raz zabrał czteroletnią córkę nad morze, ona biegała po plaży, wrzucając wodorosty z powrotem do morza. Mała Franciszka twierdziła, że w ten sposób je ratuje. Pierwsze skojarzenie – z ratowaniem żuków na plaży prowadzi nas w ślepą uliczkę erudycji na jałowym biegu, ale pojawia się kolejne…

Pośród niezbyt licznych ściśle związanych z Płockiem wspomnień Stefana, pojawia się wspomnienie o płockich hyclach i młodym chłopaku, który desperacko wkłada nogę w ich pętlę, próbując ratować jednego z nieszczęsnych, skazanych na zagładę bezpańskich psów. Obraz jest przejmująco szczegółowy (drewniana skrzynia na kołach ciągnięta przez ślepego konia) i kończy się precyzyjną diagnozą sytuacji, w której chłopiec zdawał sobie sprawę, że „ci gruboskórni brutale będą mnie kląć, wyśmiewać, szydzić ze mnie i żartować.”

Gest rozpaczny? Z pewnością – hycel to była w przedwojennym Płocku poważna figura porządku społecznego, więc jeden mały Stefan nie mógł tego porządku naruszyć (to samo było zresztą po wojnie, jeździła nawet taka sama skrzynia na kołach). Akt odwagi? Owszem – i to odwagi wyjątkowej: narażenia się nie tyle na fizyczną agresję, co na śmieszność. Odwaga narażenia się na szyderę, na wyśmianie naiwności – to nie jest odwaga powszechna.

4. [chłopcy z placu Floriańskiego]

I tutaj – skoro mowa o odwadze i o naiwności, o społecznej wrażliwości i o fortunnych lub mniej fortunnych sposobach jej okazywania – pojawia się ten drugi z Płocka. Starszy brat – choć więzy pokrewieństwa są niejednoznaczne i zawiłe.

W późniejszym okresie życia Themersona i tego drugiego, w latach 50. czy 60. zeszłego wieku, już zdecydowanie więcej obydwu dzieliło niż łączyło. Jeżeli trzymać się założenia, że pisana z wielkiej litery Przyzwoitość Środków jest ważniejsza niż pisane z wielkiej litery Wielkie Cele, to napisany chyba samymi wielkimi literami Poemat o Stalinie można nazwać skrajnie nieprzyzwoitym. Ale na początku, tu w Płocku i prawie tu – w Warszawie, było całkiem inaczej. I całkiem inaczej mogły się ich równoległe żywoty potoczyć.

Na starcie dzieliło ich trochę ponad 10 lat i raptem kilkaset metrów od Grodzkiej do ówczesnej Warszawskiej (dziś Kościuszki), potem trochę mocniej oddzieliła skłonność tego drugiego do wojaczki. Kiedy paroletni Stefan tułał się z rodzicami po Rosji, Władysław wychodził z miasta do Legionów Piłsudskiego. Ale przypomnijmy: to nie był triumfalny wymarsz, omal kamieniami za przyszłymi legionistami nie ciskano, a drwiny i szyderstwa z okien (wyobraźmy sobie jakieś ówczesne, szydercze: „für Deutschland!”) na pewno wymagały od gimnazjalistów odwagi. Nie wojskowej – tej drugiej.

Mniej więcej wtedy, kiedy Władysław dzielnie robił spóźnioną maturę, dostał się na studia filozoficzne, by zaraz rzucić się w wir kolejnej wojny, tym razem polsko-bolszewickiej, Stefan – jak wspominał Kazimierz Askanas – „wieczorami biegał po mieście, żeby oglądać na Placu Floriańskm cienie drzew rzucane o zmierzchu przez zachodzące słońce i nocą przez uliczne lampy elektryczne”, czyli zaczynała w nim dojrzewać potrzeba tworzenia widzeń. Kiedy Władysław wrócił na Uniwersytet Warszawskim, Stefan konstruował pierwsze w Płocku kryształkowe radio, lecz już 1928 też zdał na studia w Warszawie, tyle że na politechniczne. Wojenne epopeje Władysława z jednej strony go od Stefana oddalały, a z drugiej strony, przez opóźnienie edukacyjne, zmniejszały wyjściowe 13 lat dystansu między nimi. Ale dystans w ich głowach zmniejszał się także z innych powodów.

Jesienią 1918 r. Władysław rozpoczął pisanie Pamiętnika. O tym, że ma on być czymś w rodzaju laboratorium artystycznego i stołu montażowego, zdecydowały już pierwsze wpisy:

„Śmietnik umysłowy, drzewo wiadomości dobrego i złego, myśli swoje i cudze, rzeczy głupie i poniekąd dobre, samoanaliza i samokarykatura, małpie zwierciadło etc… A przede wszystkim swoboda koślawego stylu, koślawych wierszy, które wątpię, czy będą pokazane bliźnim — kinematograf własnej duszy” ( Pamiętnik, październik 1918)

Ten „kinematograf duszy” u Themersona miał być, z założenia, równie „śmieciowy” i rozwichrzony. Jak to ujął z młodzieńczą buńczucznością: „Moje filmy głoszą pochwałę nieuporządkowania i chaosu”.

Fascynacje artystyczne Stefana i Władysława, ich ciekawość awangardowych trendów, były w tym okresie zaskakująco podobne. Znamienne są zapiski Władysława:

„Byłem na Pragmatystach Witkiewicza, sztuce napisanej w myśl głoszonej przez niego teorii czystej formy. Ten miche-mache metafizyczny wywiera dość silne wrażenie. (…) Wiem, że Mumia Chińska z „Pragmatystów” jest ową „tajemnicą” pisaną przez duże „T” w książce Witkiewicza, którą czytam od tygodnia. Muszę stwierdzić, że książka ta poważnie rozświetliła mi w głowie pod niektórymi względami.: (Pamiętnik, 21 stycznia 1922)

Hasło „Witkacy” jest pierwszym tak wyraźnym tagiem kierującym i do Władysława, i do Stefana. Obydwu chodziło tyleż o artystyczną siłę wyrazu Witkiewicza, co w ogóle o nową rolę sztuki w społeczeństwie. Po zmianach, jakie niosła epoka przemysłu, i po ogromnym walcu I wojny, który dopiero co przetoczył przez Europę. Jak zapisał Władysław:

„W istocie – po przeczytaniu tej książki stwierdziłem, że na wiele rzeczy w sztuce jestem już „zblazowany” i podświadomie szukam owych zgrzytów i dysonansów. Jako najbliżej stojący poezji, w tej dziedzinie przekonałem się o słuszności twierdzeń Witkiewicza: nie można już czytać ani pisać tak, jak się to robiło dawniej.” (Pamiętnik, 21 stycznia 1922)

Niedługo później wspólnych wątków pojawia się coraz więcej. Aczkolwiek należy wziąć poprawkę, że w przypadku Stefana na lata międzywojenne spoglądamy niejako wstecz, z perspektywy jego późniejszych książek czy wypowiedzi, natomiast w spostrzeżenia Władysława, notowane w Pamiętniku i w listach, możemy wglądać niejako na bieżąco.

W opowiadaniu Hau! Hau!, czyli kto zabił Ryszarda Wagnera? kolejne literackie alter-ego Stafana mówi tak:

„Zaś jeżeli się panom wydaje, że zamiłowanie do sprzeciwu sprawia, iż mówię tak, jak mówię, jesteście w błędzie. Nie powiadam BIAŁE wtedy, kiedy większość mówi CZARNE; nie mówię CZARNE wtedy, kiedy większość mówi BIAŁE, ale mówię CHLOROFIL wtedy, kiedy większość powiada ZIELONE i kiedy większość mówi CHLOROFIL, pytam »Czy widzieliście tę piękną ZIELEŃ?«. Albowiem świat jest bogatszy niż nasze o nim prawdy.

Zaś Władysław odpowiada na to w ten sposób: „Coraz bardziej wyrabiam w sobie krytycyzm, który czasem w sceptycyzm przechodzi; nieraz już pewnym byłem, że jakaś rzecz jest biała, a podszedłszy z innej strony, przekonałem się, że jest czarna, a jeszcze z innej, że bajecznie kolorowa.” (list do Bolesława Sylwina Kencboka z 25.IV. 1922 r.)

5. [dwóch równoległych młodości spotkanie w nieskończoności]

Obaj artyści z Płocka byli entuzjastami nowych trendów i idei, ale też obydwaj zachowywali do nich trzeźwy dystans. Stefan wyznawał: „Ja, który nie przyjmuję żadnych dogmatów na wiarę, poddaję krytyce osiągnięcia we wszystkich dziedzinach wiedzy, nie śpieszę się z wydawaniem sądów” . (Hau! Hau!, czyli kto zabił Ryszarda Wagnera?”)

Władysław miał na to inny sposób: „Czytam od razu kilka książek i każę swoim autorom dysputować” (list do Bolesława S. Kencboka z 24 XI 1922 r.)

Jeden z nowych nurtów w literaturze przypadł im do gustu szczególnie – futuryzm. Władysław zaczął się kumplować z młodymi futurystami wydającymi pismo „Nowa Sztuka”, m.in. z Aleksandrem Watem i Anatolem Sternem. Przez warszawskich futurystów dotarł do nowej poezji rosyjskiej. A w niej – do Włodzimierza Majakowskiego. Fascynacja rosła:

„Epos. Rewolucja — jej apoteoza. Kult masy. Poezja walką. Przynależność społeczna poety. Nowe formy — vers librę, łamana rytmika, rym asonansowy, potęga metafory, obrazowość, pozorny chaos w obrazowaniu, rola intuicji w dziele sztuki, przepaść dzieląca od naturalizmu, urbanizm…” (Pamiętnik, 21 grudnia 1922 r.)

Stefan dotarł do futuryzmu od innej strony, przez Francję, a najmocniej wpłynęły na niego kaligramy Apollinaire’a z ich charakterystycznym układem wizualnymi, dynamicznym rozłożeniem słów, nieeuklidesową geometrią zapisu. Stosowny hołd klasykowi awangardy mógł oddać dopiero w 1968 r., kiedy Gaberbocchus opublikował książkę Apollinaire’s Lyrical Ideograms z efektowną edytorsko analizą związków między zapisem a treścią, między dźwiękiem a sensem, między słowem a obrazem.

Co znamienne, dla obydwu – Władysława i Stefana – niezwykle istotna zaczęła być praca w obcym języku. Dla Władysława przekłady z rosyjskiego stały się regularnym ćwiczeniem poetyckiego warsztatu. Za swój pełnoprawny debiut uznał publikację przekładu Majakowskiego, jako tłumacz mocował się z rozmaitymi stylami, poetykami i osobowościami autorów (od Achmatowej do Jesienina), zaś o pracy translatorskiej powiedział po latach, że była dla niego „szkołą i pierwszym czynem literackim”.

Stefan w przestrzeni między językami czuł się jeszcze lepiej. I wykorzystywał to jeszcze wydajniej. W eseju Nim ukaże się książka stwierdził: „Nie próbowałem pisać po angielsku, tak jakby to uczynił pisarz angielski. Nie próbowałem lubować się językiem. Nie próbowałem naśladować żadnego stylu, ani nawiązywać do żadnej tradycji. Przeciwnie. Chciałem język otrząsnąć z tych wszystkich skojarzeń i parafialnych subtelności – i właśnie dlatego, że język angielski nie był moim językiem ojczystym, łatwiej mi to było uczynić po angielsku”

Kolejnym wątkiem wspólnym u obydwu jest – znajdujący mocny wyraz w twórczości – zaawansowany religijny sceptycyzm, dotyczący tyleż prawd wiary, co instytucjonalnej formy ich zagospodarowania społecznego. Władysław wywodził się z rodziny katolickiej (szczególnie dewocyjna była mająca duży wpływ na jego wychowanie babka Jadwiga), ale dość szybko zarówno poetyckim słowem, jak i grzesznym czynem bez śladów wyrzutów sumienia odciął tę religijną pępowinę. Natomiast symbolika chrześcijańska, jako mocny symbol kulturowy, stale była w jego wierszach obecna. Natomiast Stefan, choć wychował się w rodzinie płockich Żydów, w twórczości niejako przeszedł na chrześcijaństwo, często i chętnie sięgając po bogactwo jego symbolicznego inwentarza. Na obydwu z pewnością wpłynęła szorstka rewizja tej religii dokonana prze Fryderyka Nietzschego.

Władysław w 1922 r. zanotował sobie taki konspekt wiersza: „Wyznanie niewiary! Patos bohaterski i gryząca ironia. Przebłyski jakiejś nowej a jednak odwiecznej pogańskiej prawdy. Druzgocący dialog z Chrystusem — motto z Nietzschego. Apoteoza słońca i płodności”. Natomiast Stefan mocniej skupiał się na krytyce kościoła instytucjonalnego i jeżeli wzywał Chrystusa to jako jego przedstawiciela, a nie postać o wymiarze, by tak rzec, metafizycznym. U Władysława w poetyckiej praktyce wyglądało to albo tak jak w wierszu Do Chrystusa:

Powiedz, po co ten drewniany krzyż,
po co ręce przebite gwoździami?
Zapłacz z bólu, odezwij się, krzycz!…
Ludzie, ludzie — on milczy! on kłamie!
albo tak jak w wierszu Anka:
i choć twardość sobie wbijam w łeb,
nie widzę cię w żadnym niebie
i nie chcę takich nieb!

Stefanowi zaś zdarzało się brać kwestie religijne na poważnie, ba, z rzadką u niego emocjonalnością, ponieważ uznawał, że są to kwestie politycznie. Wiedział, że religia nie może być oddzielona od polityka, bo religia po prostu jest polityką.

„Mam już zupełnie dość… – to jest to, co zacząłem myśleć – mam już zupełnie dość nas wszystkich, moi dobrzy ludzie. Mam już dość Ciebie, Jezusie Chrystusie, i ciebie Nielsie Bohr, i siebie samego także mam dosyć. Mam już dość Nauki Chrystusa, która w ciągu tych 2000 lat okazała się najgorszą metodą oduczania ludzi od zarzynania się wzajemnego, a najlepszą, być może, metodą uczenia ich hipokryzji; i nie mogę poradzić nic na to, że mam już dość także i Nielsa Bohr wraz z jego cudami atomowymi, nawet jeśli mi ktoś dowiedzie, o ile to lepiej jest skończyć wojnę za pomocą zrzucenia na Ziemię dwóch atomowych bomb”.

Natomiast z jawną kpiną odnosił się do nieodłącznego od każdej religii bagażu hipokryzji. Skorzystajmy z okazji i sięgając do książki Euklides był osłem, przypomnijmy uroczą rozmowę między doktorem Goldfingerem i prostytutką, a za dnia studentką językoznawstwa:

– Dlaczego pani się wygoliła? – spytał stropiony.
– Och – zaśmiała się – to nic takiego. Nie ja to zrobiłam. Wygolono mnie w szpitalu. Miałam właśnie skrobankę.
– Nie używa pani środków antykoncepcyjnych?
– Och, nie. Ojciec Święty potępia środki antykoncepcyjne. – I dodała wesoło: – Będzie pan musiał go wcześniej wyjąć, okej?

6. [szanowni państwo Gray]

Tak się jednak złożyło, że na podobnie dogmatyczne, co w religii, podejście do świata obydwaj natrafili na własnym, artystycznym podwórku.

Kiedy w latach 30. Stefan został zaproszony przez Anatola Sterna (dobrego znajomego Władysława) i jego kolegów futurystów do udziału w spółdzielni filmowej „Start”, stanowczo odmówił, w odpowiedzi pisząc: „Łatwo i dużo mówi się w stowarzyszeniu, zapominając o tym, że na podstawie pisanych teorii nie powstają dzieła sztuki, a słowa na podstawie niepokazanego posiadają wątpliwą wartość propagandową”.

Po latach, we Wstępie do poezji semantycznej, wrócił do tego problemu: „Tu prawdopodobnie zabłądziła filozofia części studentów uczelni artystycznych z roku 1968: myśleli, że teoria idzie przed praktyką. Byli przekonani, że najpierw trzeba zdefiniować, czym jest sztuka, a potem dopiero można się zabrać do stworzenia Dzieła sztuki. Jednak (tak jak to było z wami i ze mną, i z naszymi ojcami i z naszymi synami) nie sądzili, że trzeba koniecznie zdefiniować, czym jest Miłość przed pójściem do łóżka.”

Podobnego wrażenie – swoistego upolitycznienia nowych artystycznych prądów – nabrał Władysław. Też zrażając się szczególnie do kręgu Sterna: „Odsunąłem się od nich, bo nie chciałem występować pod znakiem wewnętrznego fałszu i krzykliwej reklamy. Dlatego to odsunąłem się z wydawnictwa F 24, w którym miałem brać udział. Miałem już wówczas doświadczenie po wydawnictwie „Awangardy”, która miała być poważnym pismem literackim, a była świstkiem i paszkwilem.” (list do Bolesława S. Kencboka z V—VI 1924 r.)

Do modnych warszawskich artystów (nie tylko futurystów) zniechęciła go już wcześniej lektura głośnego wtedy eseju Snobizm i postęp Stefana Żeromskiego: „Książka Żeromskiego oświetliła mi odwrotną stronę medalu — krytyczne światło na mój entuzjazm literacki. Nowa poezja i snobizm. Rzeczywiście — przejmowanie wartości drogą naśladownictwa, małpiarstwa literackiego zachodzi tu w wielu wypadkach” (Pamiętnik, 21 XII 1922)

Przypomnijmy w tym momencie, że themersonowska idea poezji semantycznej zrodziła się między innymi ze zniechęcenia literackim doktrynerstwem oraz pianą na rozmaite sposoby bitą wokół tego, co według Stefana było najważniejsze – wokół sensu. W eseju Nim ukaże się książka wyjaśnia, dlaczego semantyczną poezję obmyślił:

„Był to rebelion antyromantyczny i antybebechowy. Skierowany i przeciw politycznym oratorom, i przeciw awangardzie w duchu Joyce’a. Przeciw gąszczom asocjacyjnym Eliota i przeciw werboidalnym surrealizmom historii.”

Deszcze niespokojnie II wojny światowej różnie potraktowały Władysława i Stefana, pod różne obaj trafili spod nich rynny. Z miejsca, gdzie dziś jesteśmy, widać, że cała powojenna kariera Władysława, zapalczywe socrealne deklaracje i komunistyczne poematy, nie były warte jednego kpiącego „hau hau!” Stefana. Że ukłony dla Wielkich Celów były mniej przyzwoite niż jawne drwiny ze świętego Franciszka. Lecz Londyn też miał swoje sposoby na wybijanie z głowy artystycznej wolności. Aby przyjrzeć się temu bliżej, spójrzmy jeszcze przez moment na esej Żeromskiego, który splątał ścieżkę literackiej kariery Władysława.

Snobizm i postęp powstał pod wpływem The Book of Snobs William Makepeace’a Thackeraya, skupionego na typowymi snobizmie angielskim. Thackeray pisze o tym tak: „całe społeczeństwo angielskie wyróżnia się od innych właśnie snobizmem, ponieważ na wszystkich stopniach drabiny społecznej Anglik kłania się przed wyższymi, a zadziera nosa wśród niższych”. 

Żeromski wyłuskuje z Księgi snobów jeden szczególnie ważki dla nas fragment:

„W tej galerii figur, karykaturalnie naszkicowanych węglem satyryka i ironisty, W. M. Thackeray rysuje jednak parę małżeńską Gray’ów, adwokata bez praktyki i jego żony, parę, która stanowi dwa typy dodatnie w rozumieniu tego autora, właśnie wskutek lekceważenia form uświęconych przez snobizm ich gościa. Gray i jego żona to postaci jasne i naturalne, postawione może umyślnie dla kontrastu i uwypuklenia nieszczerości, fałszu obyczajowego, czci nabożnej dla uświęconych przez tradycję form towarzyskich i społecznej obłudy – to typy rasy ludzi szczerych i właśnie przez tę szczerość dostojnych.”

Rozpoznajemy ich oczywiście – wspaniali państwo Gray to Franciszka i Stefan.

7. [o potrzebie widzenia wyspy]

Pora wrócić do początku – tego tekstu i tamtego stulecia. Do starego Płocka i do postaci tak jasnej i naturalnej, jaką był Stefan Themerson. Postawiłem przed nim zwierciadło Władysława Broniewskiego, bo po pierwsze w ich płocko-warszawskich początkach sporo jest zbieżności i rozbieżności, które rzucają ciekawe światło na to, jak Stefan tworzył i dlaczego w aż takiej zgodności z Franciszką. Pod artystycznymi wyborami, pod ideowymi inspiracjami, pod ścierającymi się trendami – zawsze jest coś głębiej, bliżej niebieskiego dna. A wybierając tak, jak wybierali dwaj chłopcy z płockich podwórek, Themerson i Broniewski, decydujemy nie tylko o sprawach sztuki, decydujemy o sprawach życia.

Latem 1921 r. Broniewski zwolnił się w wojska (naiwnie licząc, że na zawsze). W liście do przyjaciółki tak wyjaśnił motywy swojej decyzji.

„W ciągu najbliższych kilku lat, ludzie tzw. „porządni”, ludzie na stanowiskach będą o mnie mówić jako o „niedowarzonym, młodym człowieku”, który sam nie wie czego chce. (…) Przewiduję na najbliższych kilka lat ograniczenie potrzeb fizycznych na korzyść duchowych i to mnie nie przeraża — boję się tylko, czy nie będę zmuszony sprzedać zbyt wiele swojego czasu. Rzecz prosta, że tak nakreśliwszy swoją przyszłość, dobrowolnie degraduję się w tak zwanej „drabinie społecznej” o kilka szczebli — jednak widocznie było sądzone, że mam być kiepskim literatem, a nie — dobrym kapitanem” (list do Halszki Kamockiej z 24 VIII 1921 r.)

Być może jedenastoletni Themerson chodził już wtedy po starym Płocku, obserwując efekty wywołane światłem słońca i latarni – jakby plac Floriański był stołem trickowym, pod który za 10 lat wpełznie. Być może zaciskał w kieszeni pieści na widok miejskich hyclów, bo jego ojciec Mieczysław, naiwny „płocki Judym”, obciążył go bagażem współczucia dla innych istot przerabianych na – dosłowne lub metaforyczne – kotlety. Tak czy owak, dojrzewał do życiowych decyzji, które spowodują rzucenie nań społecznej klątwy nosiciela „światopoglądu młodego wariata”, czy też autora „niedołężnego zlepku pretensjonalnych zdjęć.”

Szanowni Państwo, zastanawiam się od pewnego czasu nad sytuacją wielu pisarzy, którzy, podobnie jak Themerson, pracują już w innym wymiarze niż ten, w którym się urodzili. Albo nawet dopiero po śmierci zaczęli pracować na dobre – na przykład Themerson w Płocku. Pisarz nigdy i nigdzie nie umiera wszystek, ponieważ jego dzieło to własne królestwo czy miasto. A jednocześnie każdy pisarz zawsze i wszędzie jest trochę w zaświatach, trochę już umarły, ponieważ każde królestwo czy miasto, tak czy owak, się go wypiera.

Przeto obawiam się, że uprzejme zaproszenie Themersona do jakiegoś celebrowania jego pod tym względem kombatanctwa należy zbyć machnięciem ręki. Wypierał się go Londyn i snobistyczna Anglia, wypierała się go Polska Rzeczpospolita Ludowa, a w końcu wypierał się go – z iście samobójczym uporem – rodzinny Płock.

Podczas którejś z poprzednich edycji festiwalu pojawił się projekt, by festiwalowy statek dopłynął do Kępy Ośnickiej, by ochrzcić ją imieniem Stefana Themersona. Nasza Kępa to jest jedna z trzech, może czterech największych wysp na Wiśle – na całym jej tysiącu kilometrów długości, no i mieszkają na niej orły bieliki, a do tego dochodzi historia (Broniewski pisał o Kępie: Niemiecka), więc miejsce jest naprawdę nie byle jakie. Rzecz nie doszła do skutku.

Lecz ja mam już potrzebę stworzenia widzenia tej Kępy – na której pięknie by się Władysław ze Stefanem spotkali i pięknie różnili – widzenia tej Kępy jako Wyspy Themersona. Bo tam jest tak pościelone – transgranicznie: geograficzno-biologiczno-historycznie, że Themerson nigdy by się do końca nie wyspał, wiecznie spędzając nam, mieszkańcom tego nieco nazbyt sennego miasta, sen z powiek.


BIBLIOGRAFIA

Marcin Giżycki: Poeta ziemi niczyjej, „Literatura na Świecie”, nr 09-10/2013

„Gościniec Sztuki” nr 2/15 2010.

„Gościniec Sztuki” nr 2/17 2011.

Karol Jóźwiak, Europa” Themersonów – rewizja kartografii nowoczesności, „Teksty drugie” nr 6/2022.

Helena Karwacka, Lata literackiego terminowania Władysława Broniewskiego, „Prace Polonistyczne Studies in Polish Literature” nr 30/1974

Korespondencja Władysława Broniewskiego z Bronisławem Sylwinem Kencbokiem, oprac. F. Lichodziejewska„Pamiętnik literacki” nr 62/4 1971

Poezja nieprzerwana. Gérard Georges Lemaire rozmawia ze Stefanem Themersonem, przeł. Agnieszka Taborska, „Literatura na Świecie” nr 7/1987.

Adriana Prodeus, Themersonowie: szkice biograficzne, Warszawa 2009.

Artur Pruszyński, Dobre maniery Stefana Themersona, Gdańsk 2004.

Stefan Themerson, Euklides był osłem, przeł. Irena Szymańska, Warszawa 2013.

Stefan Themerson, Jestem czasownikiem, czyli zobaczyć świat inaczej, red. K. Kopcińska, M. Grala, Płock 1993.

Stefan Themerson, Kardynał Pölätüo. Generał Piesc, Warszawa 2013.

Stefan Themerson, Katedra przyzwoitości, przeł. Anna i Piotr Bikont; „Literatura na Świecie” nr 7/1987.

Stefan Themerson: Logika, etykietki i ciało, przeł. M. Rychter, M. Wiśniewski, „Literatura na Świecie”, nr 09-10/2013.

Stefan Themerson, Przygody Pędrka Wyrzutka, Warszawa 2013.


POBIERZ tekst w pliku PDF

Skip to content